Myślę, że nie znałam strachu dopóki nie urodziłam dzieci. Niesamowite, jak pracuje umysł rodzica, jakie scenariusze wyświetla nam mózg, jak straszy nas nasza własna wyobraźnia. Już widzę siebie jak lecę ze schodów z dzieciątkiem na ręku....Choć jestem w stanie zrozumieć cel takich wizji, jak mniemam chodzi o wzmożenie czujności i troski o małe oseski, to stres jaki odczuwam gdy przychodzi strach jest nie do opisania. To tak jak z koszmarami sennymi, które są swoistym "ćwiczeniem przeciwpożarowym" połączonym z "przewietrzaniem archiwum". Na przestrzeni wieków człowiek żył w strachu, przed chorobą, przed najeźdźcą, przed panem i Panem, przed śmiercią; życie niosło ze sobą znacznie więcej zagrożeń niż obecnie. Nie mówiąc już o zagrożeniach i niebezpieczeństwach z jakimi miał do czynienia człowiek pierwotny. Dziś nie boimy się stale o swoje życie, nie czyhają na nas na każdym kroku zagrożenia, więc mózg musi pobudzać naszą czujność i lęk w inny sposób. Jednocześnie, nasze lęki zmieniają się wraz z naszymi życiowymi doświadczeniami, bo przecież nie paraliżują nas już strachy z dzieciństwa. Wychodzi na to, że mózg uaktualnia co jakiś czas swoją "bazę danych". Ponoć 75% naszych snów to sny o negatywnym zabarwieniu. Ciekawe, ile procent naszych myśli stanowią troski, lęki i niepokoje o dzieci, o ich zdrowie, o to czy są szczęśliwe.. U mnie raczej sporo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz